RSS
niedziela, 21 grudnia 2008
I M DRIVIN' HOME FOR CHRISTMAS;)!!!

*** 

Marta i cały jej chór, wspomagani orkiestrą, dyrygentem i grupa solistów (albo raczej ci drudzy wspomagani chórem) śpiewali na Sali Kongresowej utwory z bajek Disney’a. Kiedy tak słuchałam tych bardzo dobrze znanych motywów ze Spiącej Królewny, Kopciuszka czy chociazby Króla Lwa, oglądając na telebimie fragmenty bajek, którymi żyłam bedąc dzieckiem, doszłam do wniosku, że sama strasznie przypominam taką disneyowską bohaterkę. (może to i infantylne stwierdzenie) – żyję sobie moim cudnym zyciem, mam w sobie duzo siły i zapału, aby poznawac otaczający mnie świat,  chcę widziec przede wszystkim dobre jego cechy.  Oprócz tego mam własne marzenia, czekam i wierzę, że trafię na swojego jedynego, wyjątkowego i pisanego mi księcia z bajki, potworna ze mnie romantyczka, co próbuje harmonijnie koegzystowac z innymi, choć róznie jej to wychodzi... i przede wszystkim taka, co prędzej sercem kieruje się w swoich wyborach i decyzjach niż rozumem. No i zawsze liczy na happy end- skoro bohaterka Disneya, to konsekwentie;).

 

Koncert bardzo przyjemny, pomimo tego, że publiczność stanowiły w większości dzieciaki. Rodzice pojechali w swoja stronę, po drodze mieli jeszcze na jakieś zakupy do Tesco wstąpić (z pewnościa bozonarodzeniowe=). Marta została na następny występ, a ja pogrzałam do radia. Postanowiliśmy z Bartkiem nagrac dwie puszki – dwa podsumowania naszej audycji (prowadzimy w każda sobote przegląd przeróżnych wydarzeń kulturalnych, które w niedalekim odstępie czasowym zdarzyły się w stolicy) – jedno bardziej muzyczne, drugie bardziej teatralno-festiwalowe. Dlatego musiałam zostać w radiu dzisiaj nieco dłużej. Choc nie chciało mi się potwornie , to przynajmniej mamy to z głowy – audycja będzie, a my możemy dłużej w domu się bawić czy na jakimkolwiek wyjeździe .

 

Kiedy wróciłam do mieszkania (już nie miałam siły robić żadnych zakupów w carreofurze, ale Szymek, który nocował tutaj wczoraj łaskawie zostawił mi swój prowiant, więc jest się czym posilić, hehe=) zaraz po mnie przyszła Ewa. Wyjaśniłymy sobie tę naszą dziwna sprzeczke o sylwestra – racja częściowo lezy po obu stronach. Przytuliłyśmy się, ja powiedziałam jej, że nie wybaczyłabym chyba sobie, jeśli z powodu jakiejś błahostki nasza budowana przez lata przyjaźń miałaby doznać jakiegoś uszczerbku. Ewcia też przyznala, że cala to durna kwestia bardzo ją wymęczyła psychicznie i już  nie chciałyśmy do tego wracać. Ewa przytaszczyła ze soba już wielki bożonarodzeniowy prezent dla mnie – olbrzymi oprawiony plakat dwóch slicznych kociaków chowających się w glanie oraz świeczkę w kształcie ognistej kuli. Aż mi głupio było – wiem,że przecież też u niej nie za mocno z kasą, a teraz Święta i tyle innych wydatków.Też jej już szykuję małe co nieco na imeninki (24ego w Wigilę) – podobna jak Uli ksiązkę kucharską i papierowe składane gwiazdy ze światełkami w środku – takie że  jak sobie zapali w pokoju, to nie tylko Święta poczuje, ale pomyśli. I o nas i naszej przyjaźni, której wartości nie jestem w stanie określić odpowiednimi słowami – zbyt jest wielka=)

  

Jest już po pierwszej – Ewcia śpi w pokoju dziewcząt. Jutro ma jeszcze zajęcia na uczelni. Chcemy razem wieczorem wrócić do Sadownego. Przede mną długi, intensywny dzień. Chcę wstać jak najwcześniej rano, pójść do kościoła, wyspowiadac się przed Wigilią. Potem o 10.00 umówiłam się jeszcze na kawę w centrum z Pawełkiem Kep., którego poznałam , podobnie jak Norberta, w czasie letniego festiwalu Ogrody Muzyczne. Paweł stwierdził,że pozytywnie go nastrajam i potrzeba mu tego przed Świętami – zwłaszcza, że się zaręcza drugiego dnia świąt, jak mogłabym mu odmówic? To będzie idealny wręcz początek niedzieli!

 

Po kawie z Pawłem z pewnością w świetnym nastroju popędzę do xero odbić teksty piosnek angielskich o Bożym Narodzeniu na zajęcia przedświąteczne z moimi podopiecznymi w Sadownem. Potem pojadę na Tarchomin do Marty i Krystiana, też na takie ciepłe zajęcio-wymianę życzeń. W drodze powrotnej wysiądę przy Ratuszowej i wstąpię do Norberta – obiecałam temu dużemu, słodkiemu chłopczykowi płytę z fajnymi kawałkami świątecznymi, a przy tym chciałabym dać jemu, Ewie, Robertowi ślicznie zapakowaną porcję ciasteczek francuskich mojej Mamy – taki kawałek mojego domu na Święta dla nich. Od nich jadę po kociaki – Marlonka  i Ralpha – pani właścicielka dwukrotnie potwierdzała dzisiaj cały ten  jutrzejszy popołudniowy odbiór i jeszcze zaproponowała mi, że odrzuci mnie z mruczkami do mieszkania.

  

Wieczorem , wraz z Ewą ,kilkoma torbami, koszykiem z kociętami, Świętami w sercu i umyśle pojadę o Sadownego. Już teraz słyszę jak dźwięczy mi jutro w uszach przez całą droge pioesnka Chris’a Rea  : „I’m driving home for Christmas, oh, I can’t wait to see those faces....”, bo ja naprawdę jadę do DOMU NA ŚWIĘTA, a Tam twarze moich najbliższych – najpierw zaskoczone widokiem kociąt, potem rozpromienione przy ubieraniu choinki, nieco zirytowane przy delikatnym spięciu  w trakcie krojenia warzyw na sałatke czy dyskusji a propos tego czy lepiej dwa makowce upiec czy dwa pierniki, widzę te twarze wzruszone przy łamaniu opłatka – te twarze, Które sprawiają, że chce mi się pisać o Moim Magicznym oczekiwaniu na Boże Narodzenie...

 
12:31, aniachlopczyk
Link Dodaj komentarz »
weekendzik, co w Boże Narodzenie cudnie bozonarodzeniowy mnie wprowadza...

Dzisiaj,jak co tydzien w weekend jestem w domu Rodziców – jeszcze kiedyś napisałabym, że po prostu w domu, a teraz  tak jakos zakorzeniłam się też w Warszawie i tak jednocześnie mało czuję siebie w Sadownem, że mówiąc o Domu, którego przecież nadal jestem nieodłączną częścią, posługuję się hasłem „Dom Rodziców” – Oni sa tutaj przynajmniej cały czas.

 

Wczoraj rano Paweł (gość, którego szczerze nie cierpiałam jeszcze rok temu, ale po jakims wspólnym wyjściu na piwo i po tym jak go praska młodzież przy mnie zlała, nawet go lubię=) napisał mi z samiuteńkiego rana, że nie mamy zajęc z translation. Po porannej gimnastyce i zupełnie gorzkiej kawie (mleko nam się skończyło, a ani mi, ani Niedźwiedziowi nie chciało się tak wcześnie wychodzić po Łaciate) poszłam więc do sklepu fotograficznego, gdzie zostawiłam w minionym tygodniu zdjęcia do wywołania – bożonarodzeniowe fotki moich małych uczniów poubieranych w mikołajowe czapki ze świeczkami  w rękach i wielkimi uśmiechami na twarzach. Chcę im te zdjęcia oprawić i podarować na Gwiazdkę=) W drodze do mieszkanka wstąpiłam jeszcze do mojego Pana szewca „Chomiczka”, który jak zwykle powitał mnie swoim promiennym uśmiechem i zapytał „po buciki Kochanie?”. Obcasy w kozakach odzyskały swój kształt sprzed obtarcia, a ja ma w czym isc na Pasterkę. Oprócz tego lawinę serdecznych świątecznych życzeń od Pana Szewca dostałam i od samego rana bardzo pozytywnie mnie to nastroiło.

 

O 12.00 miałam autobus do Sadownego – stanie w kupie ludzi cisnących się do drzwi pojazdu, ich przepychanie się, kąśliwe teksty, czasem jakiś gest wyrozumiałości i przepuszczenie Pani z dzieckiem lub starszego dziadziusia – od lat jeżdżę tym autobusem i z przykrością stwierdzam, że poziom kurtuazji przeciętnych Polaków rośnie odwrotnie proporcjonalnie do pędzącego do przodu czasu. Na szczęście udało mi się zająć miejsce i nie musiałam stać w przejściu. W ciągu dwóch godzin trochę sobie pospałam (jeszcze i cały czas sen!!), porobiłam obróbki w czwartkowych zdjęć bożonarodzeniowej starówki, powykreślałam z listy zakupów to, co już udało mi się nabyć i jeszcze dopisałam kilka rzeczy, m.in.,dobre białe wytrawne winko do rybki.

 

W domu od drzwi czuć już Boże Narodzenie – Mama powyciągała wszystkie świąteczne ozdoby i obficie porozwieszała ja w każdym pomieszczeniu . Wejście, kuchnia , korytarz- wszystkie te przestrzenie pełne są aniołków, łańcuszków, obrazków i świątecznych kartek. Tatę z kolei  złapała jakaś grypa – kuruje się jednak czosnkiem i twierdzi, że Mu pomaga. Gdyby lekarz stwierdził, że Tatuś powinien  pozostać w domu i dał mu zwolnienie, to może w Wigilię bylibyśmy razem? Jeśli nie, to Tata będzie musiał jechać do Warszawy i odrabiać swoja zmianę. Na pocieszenie dodaje, że za to cały pierwszy i drugi dzień będzie miał wolne, ale przecież Wigilia to jest najbardziej magiczny, najbardziej polski i najbardziej wymowny moment całego bożonarodzeniowego obrządku – wtedy właśnie liczy się obecność najbliższych, a wyzwalające się emocje przy łamanym opłatku, zapachu barszczu czy szeleście papieru, w który owinięte są prezenty nie maja sobie równych. Jestem pewna, że jeżeli jednak okaże się, że tata będzie w Warszawie, to pojedziemy do niego, by chociaż przez chwilę pobyć całą rodziną. Co z tego, że karpia, śledzia, uszka i  kutię zawieziemy w plastikowych izotermicznych opakowaniach i nie podamy ich na wyciąganym od świeta serwisie – najważniejsze, że mimo wszystko będzie to NASZA Wigilia, której jednocząca wymowa pozwoli nam głęboko poczuć, że jesteśmy RODZINĄ. (nie pamiętam, kiedy ostatnio wszyscy jedliśmy wspólny posiłek, nie pamiętam, kiedy powiedziałam Rodzicom, że ich kocham, nie pamiętam też kiedy w ogóle byliśmy całą piątką blisko siebie – to straszne , kurcze!)

  

Moje wczorajsze zajęcia skończyłam mniej więcej około 20.30. Ania, Monisia i Milenka przyniosły mi cudną świąteczną laurkę wyklejaną maleńkimi błyszczącymi gwiazdeczkami, a w środku napisały mi śliczne życzenia – co z tego, że pełno w nich błędów gramatycznych, bo skarby tłumaczyły bezpośrednio z polskiego na angielski, ja dokładnie wiem, co chciały mi napisać, a nawet „Happy New York”! Zamiast „Happy New Year” jestem im w stanie wybaczyć=)

  

W Sylwestra Rodzice będą świętować swoje 25lecie Ślubu –  Tata z tej okazji zafundował Im obojgu całkiem pokaźny prezent – w pokoju obok sypialni Rodziców stoi od dwóch dni nowy plazmowy telewizor. Tata musiał wziąć go na raty, bo nie wierzę w to, że w kontekście wszystkich długów, które mają moi Rodzice (długów, które konsekwentnie od lat nie pozwalają im spac spokojnie i niestety zawsze były  przyczyną wielu niechcianych nieporozumień na linii – mama-tata, rodzice-my itd.), tak po prostu rzucił gotówką i pozwolił sobie na taki podarek. Z drugiej strony cieszę się jednak, że tyle radości sprawił tym swoim dużym prezentem – mam nadzieję, że wie, co robi.

 

Wieczorem niestety nie zdołałam oprzeć się pokusie zjedzenia kilku przysmaków maminej kuchni(niestety, bo zawsze takie późne posiłki kończą się poranną zgagą i złym porannym nastrojem) – a już chleb, który moja Mama wypieka od kilku miesięcy z własnego zakwasu nie pozostawiłby obojętnej nawet najbardziej opornej jednostki – chrupiąca skórka, mnóstwo ziarenek w środku, wilgotny miąższ – pyszny!! A kiedy do tego dochodzi jeszcze słoik smażonych w domu jabłek bądź powideł śliwkowych, to o jakimkolwiek postanowieniu można po prostu zapomnieć!!! Jak myślę o wszystkich domowych specjałach mojej Mamy, które wkrótce zagoszczą na świątecznym stole, to doprawdy ślinka mi zaczyna cieknąć! W związku z tym, że mój Tata sprowadził sobie swoja żonę, a moją Mamusię z Zachodniej części naszego kraju, to łatwo domyśleć się, że dziadkowie i rodzice mojej Mamy pochodzili z Kresów . Wysiedlono ich stamtąd w okolice Szczecina po wojnie, jednak kresowe tradycje zdołały przetrwać w naszej rodzinie po dzień dzisiejszy. Szczególnie wyraźnie widać to chociażby na wigilijnym stole – zawsze jest u nas kutia, choć w całym Sadownem praktycznie nikt nie wie jak się tę potrawę przyrządza i jak smakuje (na Podlasiu i Mazowszu bardziej tradycyjne są kluski z makiem). A pierogi oprócz tego, ze napełniamy farszem z kapusty i grzybków,maja jeszcze dodatkowy składnik  - kasze gryczaną – tez dość niezwykłe połączenie w moich rodzinnych stronach, a żywcem zaczerpnięte z tradycji kresowej rodziny mojej Mamy.

 

Wczoraj już naprawdę zaczęłam czuc Boże  Narodzenie – dom, Rodzina, no i jeszcze jeden drobny element – świat pokrył się bialym puchem – tak, tak , tak!! Spadł snieg w całkiem porządnych ilościach – jest szansa na Białe Boże Narodzenie. Aż mi się śpiewać chce  :”I’m dreaming of a White Christmas...”

  

Musze na chwilę  przerwać pisanie, jedziemy z Rodzicami i Wujkiem Ryśkiem, bratem Taty do Warszawy – Marta wystepuje dzisiaj z chórem akaemickim w Sali Kongresowej i naturalnie jedziemy ja jako wierna publicznosc dopingować=) Mama rozdała wejściówki, które miała  połowie rodziny, ja i tata śmiejemy się z tej jej egzaltacji i entuzjazmu kiedykolwiek impreza podobnego typu ma miejsce – przeżywa wszystko aż do przesady!!!

 
12:27, aniachlopczyk
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 grudnia 2008
o pełnym przemyśleń czwartku;)

Na poczatek dzisiejszego wpisu maleńkie sprostowanie – czasem piszę o środzie, a według pojawiających się zawsze dat nad wpisem jest już czwartek. Przyczyna tej niespójności jest to, że po prostu nie zawsze mam bezpośredni dostęp do komputera, a gdy piszę cos na moim starym, wielkim, ceremonialnie składanym i rozkładanym komputerze, to potem musze kopiować wpis na pendrive’a  bądź płytę i dopiero następnego dnia, gdy znajde chwilę, zasiadam do laptopa Eweli bądź Ilki i przegrywam w końcu do Internetu to, co mi się poprzedniej nocy uda stworzyc.

 

Dzień dzisiejszy, czwartek, w porównaniu ze wczorajszą euforyczna środą ni był aż taki „hej ho do przodu”. Ilona obudziła mnie rano, wparowała do pokoju, włączyła światło i, zgodnie z nasza umową z poprzedniego wieczora, ja miałam wstać i dać jej mój czarny gruby pasek. Leżąc i wcale nie mając zamiaru się jeszcze podnosić (Ilona protestowała, ale nie miała najmniejszych szans zwlec mnie z wyrka), wsunęłam rękę pod  łózko, dobyłam pudło z paskami, wyciągnęłam, ten, o który prosiła, cos tam sennie mruknęłam, jednym okiem zobaczyłam tylko , że na dworze leje i wróciłam o snu. Ilon mówił cos, że drzwi nie zamyka, żebym miała mobilizacje do wcześniejszej pobudki. Powiedziałam jej tylko, „Ok., ok.”, myśląc sobie w sennym duchu ”jakby to kurcze w ogóle mnie miało obchodzić”. W taki oto sposób pospałam sobie jeszcze dobre dwie czy trzy nawet godziny. Z bólem głowy, złym, bo spowodowanym zbyt jednak długa drzemka nastrojem podniosłam się i poszłam do łazienki. Na dworze lało – pogoda ani świąteczna, ani optymistyczna. Na pierwsze i jedyne dzisiaj zajęcia z serii intelektualnych postanowiłam nie pójśc – zwyciężyła  potrzeba i chęć porannej gimnastyki. Zbierając się do ćwiczeń, zaparzyłam sobie jeszcze całą mokatierke mocnej czarnej kawy, ale nawet zapach ulubionego porannego napoju jakoś nie potrafił mnie dobrze rozkręcić.

 

Cała gimnastyke urządziłam sobie przy genialnej irlandzkiej muzie elektro- Roisin Murphy. Nie wiem, co ma w sobie ta kobieta, ale różni się od całego komercyjnego chłamu, który słychać w 90% stacji radiowych  - i może dlatego na  ogół nikt o niej niczego nie wie. A kiedy już przegrywam komus moje ulubione kawałki Roisin, to ta osoba od razu bezwzględnie zakochuje się w nowych rytmach. Nie dziwie się, że Murphy okresla się jako ikonę stylu, mody i tej jej muzyki elektro – tajemnicza, rytmiczna, zabawna, seksowna – super i tyle. Gimnastykując się, biłam się znowu z myślami o tym ,że uniwerek nie jest moim miejscem, że nie odkryłam w sobie tego, co chce robić, że choć powoli do tego dochodzę, to jednak niczego już nie jestem pewna. Te rozterki egzystencjalne coraz poważniej towarzysza mi tak od wakacji – na przełomie lipca i sierpnia czułam się zupełnie rozbita – zawieszona między ta przestrzenią, w której istotnie byłam, a ta, do której próbowałam się zbliżyć, choć zupełnie nie widzialam, dokąd zmierzam. Myślałam, że w Stanach uda mi się wrócić do formy, ale wcale mi Kalifornia aż tak bardzo swoich celów nie pozwoliła sprecyzować. Potem znowu zaczęła się uczelnia, a ja coraz częściej pytałam siebie „co ja tutaj do cholery robię i dlaczego dopiero teraz, jak już na piątym roku jednego i trzecim drugiego kierunku jestem, dlaczego dopiero teraz czuje taką silną potrzebę zmiany i innego ukierunkowania swoich potencjałów? I dlaczego wciąż mimo wszystko nie jestem pewna tego kierunku?

Wczoraj, tańcząc i wyginając się, po raz kolejny zaczęłam też rysować sobie oczami wyobraźni siebie tam, gdzie jednak chciałabym teraz ten swój niewykorzystany potencjał ulokować – nie nazywam tutaj celowo rzeczy po imieniu, bo przede wszystkim czuje, że stąpam cały czas po bardzo delikatnym gruncie, że aż na tyle nie jestem tego pewna, choć bardziej niż przedtem). Zaczęłam malować sobie sceny, gdzie ta nowo odkryta ja nie tylko dobrze sobie radzi, ale i bardzo, bardzo pasuje. Chyba zbliżam się tam, dokąd tak długo musiałam docierać- przez te wszystkie lata, które chyba mialy być drogą zrozumienia, co we nie istotnie drzemie. Obiecałam sobie, że jeżeli uda mi się wygrać jakiekolwiek pieniądze , to zainwestuję je w swój rozwój tak, aby moc dostać się,tam, gdzie bardzo pragnę –po to własnie, aby nie pozwolić mojemu prawdziwemu powołaniu na zupełne wygaśnięcie. Zaczęłam płakać, tak mysląc i ćwicząc – ktos z zewnatrz mógłby pomyśleć ,że mam jakieś problemy sama ze soba. Z może to łzy szczęścia, bo zaczynam rozumieć siebie – te cześć mnie samej, która dopiero od niedawna daje o sobie znać?

 

W ciągu dwudziestu minut po ćwiczeniach wzięłam szybki prysznic, skończyłam bożonarodzeniową kucharska książkę dla Uli, z błyszczykiem w jednej ręce i pękiem kluczy w drugiej wybiegłam z mieszkania na tramwaj. 32ka, która nigdy nie przyjeżdża wtedy, kiedy by mi to naprawdę pasowało, tym razem nadjechała w samą porę. Tramwaj, ruchome schody koło Starego Miasta, autobus – dojechałam pod uniwerek. Tam spotkałam Ule, uważając żeby po drodze ne wpaść na Giorgia, na którego zajęciach robiłam sobie właśnie moją gimnastykę poprzeplataną przemyśleniami i muzyka Roisin Murphy. Ula stała pod Kebab-barem. Musiała być nieźle głodna, bo tak łapczywie wcinała ten swój kebab, że aż sobie nos majonezem wybrudziła, a jadła nawet jak ja jej życzenia próbowałam złożyć. Oczywiście przeprosiła i się tłumaczyła, ale mi to zupełnie nie przeszkadzało – dobrze móc być najprawdziwszym sobą chociaż przy przyjaciołach.

 

Rozstałyśmy się po chwili, Ulka pędziła na swoje korki, ja na WF. Obiecała, że jak otworzy prezent (który zdążyłam w pośpiechu zapakować w kolorowa reklamówkę z napisem, o ironio, „summer”), to napisze, co o nim sądzi.

 

Na Wf-ie u Pani Wysoczańskiej jak zwykle było super. Ta kobieta ma dobre działanie na mnie, niezależnie od tego jak się czuję. Przede wszystkim prowadzi te ćwiczenia tak, że faktycznie wszystkie mięśnie człowiekowi pracują, a po drugie szczerze się do nas cały czas uśmiecha. Dzisiaj co prawda była bezlitosna, bo wszystkie serie powtórzeń robiliśmy do 100 i momentami po prostu było mi ciężko! Kiedy przyszła kolej na mój najsłabszy punkt – mięśnie rąk (o zgrozo!), to podeszła do mnie i zaczęła mi pokazywać, co mam robic inaczej i dlaczego. widząc , że cos mi nie szło, złapała mnie z brzuch, a nie wiedziała ze mam potworne łaskotki – tak się jakoś  rzuciłam, że ją biedną nachyloną nade mną uderzyłam w głowę. A droga pani Basia szeroko się tylko uśmiechneła i po prostu dała mi spokój. Cudna jest z tym swoim uśmiechem i już! Na koniec życzyła nam pięknych Świąt i szalonych Sylwestrów i kategorycznie zabroniła wkraczania w Nowy Rok w nudnej telewizorowej atmosferze – „na to jeszcze czas będziecie mieć, teraz korzystajcie z życia”, powiedziała na koniec.

 

Z osrodka sportowego na Karowej udałam się na korki do Pani Uli. Idąc sobie Nowym Światem, stukajac nowymi czarnymi kozaczkami i jedząc mandarynki zakupione w Społem po drodze, usłyszałam „Smacznego” od jakiegoś chłopaka rozdającego ulotki. „Smacznego......sliczne masz nogi” – dodał. Może i jestem próżna, ale zrobiło mi się bardzo miło!

 

Pani Ula, córka pewnej babci, u której mieszkałam w czasach liceum (dawno i nieprawda), to moja bratnia dusza. Mam z nia zajęcia z business Enlish,  a ostatnio nie widziałyśmy się szmat czasu, bo była na kursie językowym w Londynie.  Jeśli chodzi o zaplanowane na dzisiaj zajęcia, to stało się tak, jak przypuszczałam – po prostu sobie odpuściłyśmy i postanowiłyśmy wypić herbatę i porozmawiać. Pani Ula potrafi cudownie dzielić się ze mną swoimi przeróżnymi doświadczeniami życiowymi i obserwacjami, mogę ja zapytać o wszystko, zawsze ma dla mnie czas i wie jak ze mną rozmawiać. Po prostu się rozumiemy. Przywiozła mi z Londynu śliczną skarboneczke w kształcie czerwonej budki telefonicznej, bo wielokrotnie mówiłam jej, że nie nauczyłam się jeszcze oszczędzać. Do skarbonki dołączone były jeszcze zawiniete w przezroczysta folie pierniczki, które piekła Ola, córka pani Uli. Ja miałam dla niej z kolei dwa ceramiczne Mikołaje w pięknych karminowych szatach – jeden ona, drugi ja. „No tak, podobne, w końcu mamy dobrane zodiaki i identyczne ascendenty, podobieństwo jest ewidentne, jak w przypadku tych Mikołajów” – i wybuchnełyśmy gromkim smiechem=)

 

Wracając z Pól Mokotowskich od Pani Uli, zajrzałam jeszcze do Carrefoura, zrobiłam niewielkie zakupy i wróciłam do mieszkania. Ilona nieprzebrana jeszcze stała nad zlewem i myła moje naczynia – zawsze tak się zachowuje, gdy ma zły humor. Tez jakiś nie bardzo udany dzień miała i próbowała jakoś na tych naczyniach się wyżyć. Zrobiłyśmy sobie herbatki, zjadłyśmy nachos z błyskawicznie przygotowanym sosem ze słodka papryką, ja poszłam czytać Cejrowskiego, a Ilek „Dom nas rozlewiskiem”, którym ja zaczytywałam się rok temu. Zasnęłam tak twardo, że nawet trzykrotnie dzwoniący telefon nie był w stanie mnie obudzić. „Chyba zima idzie” stwierdził Niedźwiedź (Ilona) jakoś ostatnio i skłonna jestem się do tej obserwacji przychylić. 

18:07, aniachlopczyk
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 grudnia 2008
porywająca Środa - o mniej porywającym czwartku napiszę wkrótce...
 

Dochodzi dwudziesta trzecia i jeśli miałabym podsumować dzień dzisiejszy, to po prostu ochrzciłabym go dniem niezwykłej, żywo pulsującej energii. Norbert, przeżywając któregoś październikowego dnia takie podobne do moich dzisiejszych chwile nagłego podrywu do góry niespodziewanie wysłał mi takiego SMSa: „ spadający śnieg, nieba blask, wolny wiatr, promienie słońca, zapach gór, lasów, morza, wszędzie tam , gdzie tylko można, wolność życia, swoboda, to właśnie czuję w tej chwili – fascynujące, wspaniałe, z polotem...”. Cokolwiek stało wtedy za jego wzlotem, zdecydowanie musiało być równie silne jak dzień, który ja mam właśnie za sobą. Ja dzisiaj też czuję się jak wiatr, którego wszędzie pełno i który podrywa innych do lotu, jak promień słońca, który się śmieje, do innych i do samej siebie, jak ktoś kto kocha życie i uważa je za magiczne, wyjątkowe, soczyste, ciekawe i fascynujące – godne tego, by o nim po prostu pisać i angażować w nie innych, działać jak wir, który zatacza coraz szersze kręgi. Jest we mnie taka dziwna siła, czasem odczuwam ją bardzo wyraźnie – nie jestem w stanie określić jednym słowem skąd bierze się ta życiodajna energia – na pewno z Boga, w którego wierzę i którego ducha mam w sobie, wokół siebie – Ducha, który sprawia, że dobrze mi i bezpiecznie wszędzie tam, gdzie docieram; na pewno z tego, że lubię i szanuję siebie samą, że dobrze mi w ciele , które mam i z myślami, które rodzi mój umysł, na pewno też z ludzi, na których trafiam, którzy rozumieją mnie, inspirują, dodają skrzydeł poprzez to, co mówią, robią. I na pewno z tego, że podświadomie wiem, że moje miejsce na ziemi, to co robię, kogo spotykam, jak się zmieniam, w czym biorę udział – nic tu nie jest przypadkowe – wiem, że jestem tam, gdzie być powinnam, że to wszystko ma jakiś swój wielki, tajemniczy cel, który powoli osiągam. Dziwne to odczucie, a wspaniałe i dające niezwykłą siłę, każdemu jej życzę.

 

***

 

Po tym, jak wczoraj późno uległam nocnemu głodowi i około 2 w nocy zjadłam całą paczkę grillowanych nachos z jakimś tam błyskawicznie przyrządzonym sosem na bazie majonezu (usprawiedlwiam się tym ,że kiedy mnie to głodzisko dopadło, nie jadłam od dziesięciu godzin) rano nie tylko obudziłam się bardzo późno (jak się człowiek naje, to jak kamień śpi potem), ale też potwornie ciężko mi na żołądku jakoś było. Mocna czarna kawka z naszej seledynowej mokki ulżyła mojej zgadze i spokojnie zrobiłam swoją gimnastykę. Potem w błyskawicznym tempie przygotowałam materiały na korki i razem z Eweliną wyszłyśmy z mieszkania. Ja w drodze na tramwaj musiałam wstąpić jeszcze do kafejki internetowej na Stalowej, żeby co nieco na zajęcia pokserować. Pożegnałąm się z Żółwikiem, który już dzisiaj wybył nam na Święta do domciu. Wyściskałyśmy się n skrzyżowaniu Stalowej z naszą Konopacką, uśmiech, uścisk, szybkie życzonka (bo te dłuższe będą przez telefon) i każda ruszyła w swoją stronę.

 

Pan z punktu ksero chyba ma do mnie jakąś słabość – jest maksymalnie fajtłapowaty, a jak widzi ,że wchodzę, podrywa się jak burza z siedzenia, staje za ladą i czeka, aż mu zlecę odbicie tego tamtego. Kiedy usłyszy już, co ma zrobić odpowiada „się robi” i przeprasza, że jest taki powolny zanim jeszcze zacznie cokolwiek odbijać. Prześmieszna ta jego dezorientacjo – ciamajdowatość=).

 

Jak co tydzień w środy, tak i dzisiaj miałam podwójne półtoragodzinne korki – najpierw z Agnieszką, prezeterką telewizyjną na Mokotowie, a potem z Hanią, szefową jednej ze stacji telewizyjnych. Oprócz nich jest jeszcze jedna Agnieszka, prawniczka telewizyjna, zktorą bardzo się zaprzyjaźniłam. W ogóle jakoś tak dziwnie mam, że do kogo bym na korki nie trafiła (na ogół polecana znajomym przez znajomych), to się z ludźmi zaprzyjaźniam, wkręcam w ich towarzystwa, zostaję zapraszana na różne spotkanio-imprezy, śluby , urodziny itp. Po prostu z nauczycielki szybko przeobrażam się w dobrą znajomą i to jest chyba powód, dla którego lubię te moje korki – fajni nowi znajomi.

 

Agnieszka – prezenterka, tak ją będę określać, żeby nie myliła się z drugą Agą, na początku października wyszła za mąż. Jej historia jest o tyle niesamowita, że decyzję o małżeństwie podjęli razem z obecnym mężem po dwóch tygodniach znajomości, a po siedmiu czy ośmiu wzięli ślub w Paryżu. „My po prostu wiedzieliśmy, że to jest to, że chcemy być ze sobą jesteśmy dla siebie na tym świecie” – tak mi to wyjaśniała wielokrotnie Agnieszka i choć faktycznie niezwykłe, to wszystko, co się w jej życiu od sierpnia działo, to wierzę w to, że takie wlasnie decyzje pomimo swojego tempa i pozornej tylko pochopności, mają sens. Dzisiaj Aga powiedział mi, że jest w drugim miesiącu ciąży – to jej pierwsze dziecko, a że ma już prawie 35 lat, to bardzo cieszy się swoim stanem. Nic więc dziwnego,że pierwszą część zajęć minęła nam na konwersacjach o sprawach typowo kobiecych – ciąży, macierzyństiwe, rodzinie, potem trochę o Świętach, odrobina gramatyki i półtorej godziny minęło dosłownie niepostrzeżenie. Kiedy wychodziłam z nowiusieńkiego, przestrzennego i super nowoczesnego mieszkanka Agnieszki, złożyłyśmy sobie świąteczne życzenia, przytuliłyśmy się, a ona dodała mi na koniec,że nawet jak się do zajęć naszych czasem zdarzy jej nie przygotować, to niegdy nie odwołuje, bo wie, że będzie fajnie – bardzo mi się miło zrobiło i taka uskrzydlona pojechałam do Hani. Z nią z kolei spotkałysmy się w biurze, na jej posterunku pracy;) Ponieważ Hania dość często jeździ do Francji i spędziła tam szmat czasu, to miałam okazję posłuchać o tym jak to Francuzi spędzają Wigilię, jak się u nich je i co się je – ślinka mi ciekła na myśl o smacznie przyrządzonych owocach morza, o które w Polsce mimo wszystko najłatwiej nie jest. Hania pracuje na bardzo odpowiedzialnym stanowisku, jest po czterdziestce, singiel – wydaje mi się trochę samotna i choć przy pierwszym spotkaniu na jesieni wydawała mi się bardzo oficjalna, wręcz zimna, to teraz świetnie się dogadujemy, a ja mam wrażenie , że z Hani wyzwalają się coraz większe pokłady ciepła i radości. Czuć to było szczególnie mocno, kiedy składalyśmy sobie życzenia – niektórym ludziom po prostu „dobrze z oczu patrzy”, jak to moja znajoma mawia i od razu widać, że są szczerzy.

 

Zarówno Hanię jak i Agę poznałam właśnie przez tę trzecią - Agnieszkę prawniczkę, z którą niestety nie spotkam się już przed Świętami, bo gdzieś służbowo wyjechała. Ją też uwielbiam, bo jest ze mna po prostu szczera i mam wrażenie jakbyśmy znały się wieki. Przy okazji Świąt muszę wspomnieć o tym, że będę robić Tiramisu’ z jej fenomenalnego przepisu, który zamieszczam poniżej. Agnieszka pomogła mi również tydzień temu nawiązać kontakt z pewną panią z lecznicy dla zwierząt, od której w niedzielę zabieram dwa kociątka - zamierzam nimi na samo Boże Narodzenie zaskoczyć domowników!! Już widzę moich rodziców i ich miny, kiedy z koszyka wyskoczą im Ralph i Marlonek (tak już ochrzciłam moich małych mruczących podopiecznych, których w minioną sobotę jeździłam oglądać na Pragę Południe) i nie uwierzą po prostu, taka spontaniczność zdecydowanie w glowie im się nie mieści!!

 

 oto i przepis na Tiramisu' Agnieszki - dokładnie taki, jakim mi go wysłała=)

"Kochanie, kup paczkę podłużnych biszkoptów taką żebyś mogła wyłożyć

blaszkę dwoma warstwami. do tego 500 gram ( duża lub dwie małe po 250 g)

serka mascarpone. 5 łyżek cukru, 200 ml słodkiej śmietany tortowej 30%

lub kremówki 36%, kakao,amaretto likier, szklanka mocnej kawy. 4 żółtka

i tak ubijasz żółtka mikserem z 4 łyżkami cukru, na puszysta masę,

prawie biały kogel mogel, tak żeby cukier się rozpuścił. ubijasz śmietanę

z 1 łyżką cukru , musi być z lodówki, najlepiej niech sobie noc poleży

jeżeli w sklepie nie leżała w lodówce. Śmietana będzie ubita jeśli zaczną

być na niej widoczne ślady miksera, to wtedy przestań ubijać żeby nie

zrobiło się masło. Do szklanki mocnej kawy dodaj kieliszek amaretto.

Do ubitych żółtek powoli dodawaj serek i mieszaj najlepiej taką

trzepaczką do mieszania sosów, nie wolno mikserem bo zrobi się zbyt

płynne. Dodawaj po trochę i mieszaj na krem, jak się połączą dodaj

śmietanę i już. Wymieszaj łyżką, biszkopty rozłóż na blaszce i polej

je kawą z amaretto ( tak około łyżkę na 1 biszkopt), nałóż na nie połowę

kremu, połóż drugą warstwę biszkoptów, polej kawą i kolejna warstwa

kremu. Wyrównaj i posyp kakao. Przykryj folią żeby nie przeszło

zapachami z lodówki i do lodówki na całą noc. Rano jest już

gotowe.

AHA! Bardzo ważne: jajka zanim rozbijesz polej wrzątkiem np na

durszlaku

czy w zlewie żeby zabić zarazki, bo z surowymi tak trzeba.

buziaki - aga"

 

Po zajęciach z moimi uczennicami=) ja sama musiałam przeobrazić się szybko w głodną wiedzy studentkę i wrócić na uniwerek. Tam niespodzianka – zajęcia odwołane. Jak zwykle nikt nikogo wcześniej nie uprzedził, albo dowiedział się o tym na czas tylko jakieś uprzywilejowane grono, bo oprócz mnie i jeszcze jednej dziewczyny nikt się w starym BUWie nie zjawił. Nie śmiałam jednak narzekać - brak zajęć oznaczał dodatkowy czas dla mnie. Przeszłam więc całe Krakowskie Przedmieście, bo spacer wzdłuż przepięknie oświetlonego Starego Miasta o zmroku to czysta przyjemność. Po drodze wstąpiłam do herbaciarni sprawdzić czy mają jakieś nowe ciekawe mieszanki, potem zajrzałam do Św. Anny i wzniosłam kilka prośb do mojego Przyjaciela u góry;), a następnie postanowiłam, że podrepczę jeszcze na Rynek. Podczas tego mojego spaceru nie mogłam oprzeć się pokusie robienia zdjęć – Warszawa jest taka magiczna, a w całej tej świątecznej lawinie świateł to po prostu prawdziwa bożonarodzeniowa stolica! Mój mały aparat cyfrowy zawsze towarzyszy mi i ma swoją oddzielną kieszonkę w plecaku (torebek nie noszę - za dużo mam zawsze rzeczy, żeby mogła je elegancka damska torebka pomiescić) – jestem zdania, że życie wiedzie mnie do takich różnych ciekawych miejsc i ludzi, że czasem po prostu chce się im zdjęcia robic, by móc wspominać bądź innym wizualizować to, co się widziało. Choć nigdy wcześniej nie wychodziły mi zdjęcia robione w trybie nocnym, bo brak statywu sprawiał, że się potwornie rozmazywały, to dzisiaj mój Pentaksik po prostu mnie zaskoczył i robił takie ostre i wyraźne zdjęcia, że sama nie mogłam w to uwierzyć! Po raz pierwszy udało mi się uchwycić naprawdę dobre ujęcia kościoła wizytek o zmroku, oświetlonego Nowego Świata, Krakowskiego Przedmieścia. Św. Anny. Zamku Królewskiego i stojącej przed nim choinki oraz syrenki na Rynku Starego Miasta.

 

A na rynku trwa cały czas bożonarodzeniowy kiermasz, na którym rzemieślnicy i rolnicy z Podlasia (w tym z wielu dobrze znanych mi miejscowości, bo przecież moje Sadowne to w gruncie rzeczy już pogranicze Mazowsza i Podlasia) sprzedawali dzisiaj najróżniejsze wyroby – od ceramiki i ozdób choinkowych ( na które szczególnie łapczywie rzucali się skośnoocy turyści – aż im zdjęcie z ukrycia pstryknęłam!), poprzez wyroby skórzane, na wędlinach, ciastach i serach skończywszy – wszystko naturalne bądź ręcznie robione, świeże, pachnące, kolorowe – takie niekomercyjne i tradycyjne – polskie po prostu. Chodziłam od stoiska do stoiska i jak trochę nawiedzona robiłam te moje zdjęcia. Ilona, oglądając je pózniej stwierdziła, że najlepszy przewodnik po polskiej kuchni by się takich fotek nie powstydził.

Aż się wychodzić z tego Starego Miasta nie chciało, gdyby nie kropiący deszczyk ,pewnie bym dłużej została!

 

W drodze do domu wstąpiłam jeszcze do Carrefouura, gdzie w ramach uzupełniania świątecznych zakupów tym razem dokupiłam pastę pomidorową z oliwką i czosnkiem do włoskich zapiekanek na drugi dzień Świąt, a także suszone gruszki do wigilijnego kompotu.

 

Przy wieczornej herbacie z Iloną starałyśmy się podsumować miniony rok i tak z zaplanowanych maksymalnie dziesięciu minut zrobiła się półgodzinna rozmowa z radosnym podsumowaniem „niczego nie żałujemy, tyle się dobrego działo!” Potem iLek spisywała moje przepisy na sałatki, szczególnie mocno napaliła się na taką jedną z sosem czosnkowym i kurczakiem, tzw., „Gyros” – już nie może się doczekać jak zadebiutuje z nią w domu!

 

Dochodzi pierwsza – znowu tak późno, a na jutro mam do oddania poprawioną pracę semestralną z seminarium magisterskiego – chyba mi się to nie uda. Ech ta moja organizacja – very, very poor – a to wszystko dlatego, że żyję innymi sprawami – ciekawszymi, co tu się oszukiwać. Co ma wisieć, nie utonie. Mam nadzieję , że pani promotor się tutaj ze mna zgodzi=)

 

11:01, aniachlopczyk
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 grudnia 2008
wtorek już bardzo bożonarodzeniowy=)
 

Dni takie jak dzisiejszy pozwalają mocno odczuć, że Święta tuż, tuż. Wszystko, co dzisiaj robiłam nosiło w sobie jakiś bożonarodzeniowy pierwiastek.

 

O siódmej rano radio włączyło się swoim zaprogramowanym przeze mnie zwyczajem i na cały pokój rozbrzmiał kawałek „Do they know it’s Christmas” projektu Band – Aid. Nawet jednak Bono i Sting , którzy nawołują w tej piosence do tego, żeby w Święta pomyśleć trochę o głodujących ludziach w Afryce, nie byli wystarczająco przekonujący, by mnie obudzić. Z zaplanowanych wczoraj Rorat też nic nie wyszło, bo po tym jak położyłam się grubo po północy, po prostu spałam jak rycerz na Giewoncie – twardo i nie do wybudzenia. Ta poranna walka z chęcią „pospania chociaż jedną chwilkę dłużej” skończyła się w końcu tak, że rycerz wstał około dziesiątej i tak się do wyjścia długo zbierał, że już w drodze na uczelnię stwierdził, że jednak jutro odrobi sobie te zajęcia, a dzisiaj na to konto pozałatwia sto innych spraw (bo na zajęcia i tak haniebnie by się spóźnił=).

 

Po tym jak zdecydowałam, że jednak na pierwsze zajęcia nie dotrę, wróciłam do mieszkania i spakowałam moje kozaczki, za sprawą których przewróciłam się wczoraj w centrum. Zaniosłam je do zaprzyjaźnionego pana szewca na Inżynierską – zaprzyjaźnionego, bo zawsze kiedy zanoszę mu jakieś moje buty, to sobie chwilkę rozmawiamy, a on uśmiecha się przy tym tak zabawnie, że śmiesznie uwydatniają mu się policzki i do złudzenia przypomina chomiczka=) I dzisiaj też tak było. Zapytałam tylko czy uratuje mi buty, pokazałam co i jak, a on powiedział, że już w czwartek będą gotowe.

 

Od wybawcy moich zdartych obcasów pojechałam w podziemia ronda Waszyngtona, żeby zajrzeć do sklepu z serii „wszystko po 5 złotych” (ten akurat jest „wszystko po 2.99 zł”). Choć generalnie nie jestem może zwolenniczką masy tandety Made in China, którą takie placówki oferują, to zdarza mi się tam czasem naprawdę fajne rzeczy wyczaić. Dzisiaj na przykład trafiłam na śliczne duże kołonotatniki formatu A4 z błyszczącymi twardymi oprawami i stronami poprzekładanymi delikatnymi pergaminowymi stroniczkami. Oglądając je na miejscu wpadłam na genialny pomysł wykorzystania ich na prezenty dla moich przyjaciółek Uli i Ewy – postanowiłam, że powklejam do nich parę swoich wielokrotnie wypróbowanych przepisów, ozdobię jakimiś rysunkami, dopiszę własne uwagi i zrobię dziewczynom takie włąsne książki kucharskie. Niezapisane strony pozostawię do zapełnienia ich inwencji twórczej i przygodom kuchennym, a kto wie, może wykorzystają któryś z moich przepisów na Święta!! Kiedy tak stałam w sklepie, gdzie faktycznie wszystko jest po 2.99 zł nie zauważyłam jak pomieszczenie o powierzchni maksymalnie 10 metrów kwadratowych zapełniło się ludźmi do tego stopnia, że nie mogłam się odwrócić z moim plecakiem bez trącenia kogoś, kto stał, obok. Pani sprzedająca glośno ogłaszała wszem i wobec, że dzisiaj poleca zwłaszcza śłiczne wiklinowe stojaczki na butelki. Na jednej z półek umieściła taki stojaczek z przykładową butelką, a jakiś starszy pan widząc to i słysząc sprzedawczynię, jak na Polaka przystało, zapytał: „Czemu ta butelka taka puściutka? Jakby tak pani co nieco dolała, to już inaczej...” . A pani nie pozostała mu dlużna i powiedziała, że szczerze mowiąc liczy, że pan zaraz uderzy do pobliskiego monopola i szybko butelkę uzupełni – wtedy ona naleje wszystkim po kolei”. Wszyscy ludzie zaczęli się śmiać, w tle grały kiczowate plastikowe mikołaje, czuć było kebab z sąsiedniego tureckiego baru – oto i jedno z bardziej znanych praskich zakątków w grudniowe południe przed Świętami.

 

Kiedy wróciłąm do mieszkania, zdałam sobie sprawę z tego, że wczoraj skończył mi się bilet miesięczny, tak więc zupełnie nieświadoma niebezpieczeństwa napotkania kontrolera jak gdyby nigdy nic jeździłam sobie po tej mojej Warszawie. Zaczęłam sobie robić popołudniową kawkę, zaraz dołączyła do mnie Ewelina, która z kolei wróciłą z KDT, gdzie zaopatrzyła się w nowy płaszczyk. Jak przymierzyła, to stwierdziłyśmy, że zrobi w nim prawdziwą furorę podczas Pasterki – wszyscy panowie w Czerniewicach będą się za nią oglądać zamiast pobożnie śpiewać „Bóg się rodzi ”;)

 

Po dwudziestominutowej rozmowie przy kawie Ewelina ruszyła do Biedronki po marcepany, które będzie serwować jutro na zajęciach przy okazji swojej prezentacji o Węgrzech (nie wiedziałam, że to typowy węgierski łakoć). Poprosiłam ją, żeby sprawdziła też po ile mają w tej Biedronce awokado, bo w Carrefourze wymyślili w tym roku rekordową cenę 4.99 za sztukę. Jak pomyślałam, że potrzebując dziesięciu, będę musiała wydać pięćdziesiąt złotych (na same awokado!!!), to zaczęłam tracić chęć na guacamole i nachos, które chciałam jak co roku zrobić pierwszego dnia Świąt. Na szczęście już w drodze na germanistykę otrzymałam następującą wiadomość od mojego Żółwika: „Aniu, awokado są po 1.49 zł!!!”. Zadzwoniłam, więc szybko i poprosiłam Ewelinę, żeby mi mniej więcej okreśłiła miękkość tych awokado, a jak okazało się, ze mocniejsze naciśnięcie palcem pozostawia ślad, to poprosilam, żeby mi dziesięc takich awokado kupiła. (awokado do guacamole muszą być bardzo, bardzo miękkie – tak, żeby po pierwsze z łatwością odchodziła od nich skórka, a po drugie żeby można było je widelcem na zieloną papkę ugnieść). Tym samym do moich powoli zapełniających się i przybywających toreb, w które pakuję to, co chciałabym zabrać w niedzielę do domu, przybyłam mała reklamóweczka z dziesięcioma awokado – za zlotych 15, nie 50;)

 

Na germanistyce nasze zajęcia z gramatyki opisowej były jak zwykle porywające – gdyby nie to, że muszę mieć obecności, lubię prowadzącą i mam okazję spotkać się z Justyną, to chyba też bym sobie odpuściła. Justyna, ja i Steffen ( który się chyba w Justynie podkochuje, choć jest zbyt nieśmiały, żeby zrobić jakiś jednoznaczny, konkretny krok w jej kierunku) zawsze siadamy w ostatnim rzędzie. Mam wrażenie,że Steffen niekoniecznie zachwyca się tym, że my obie siedzimy obok siebie – ja za bardzo chyba absorbuję uwagę Justyny, którą on z kolei chce mieć dla siebie. Dzisiaj to już tak ewidentnie za wszelką cenę próbował z nią o czymś zagadać, że poruszał najbardziej absurdalne tematy, byleby choć słowo zamienić, a ona po prostu go olewała. Postanowiła chyba zmienić taktykę (on się jej też chyba podoba, choć safandułowata niekiedy „strategia’” Steffena momentami porządnie ją wkurza. Justyna tak jak ja lubi mieć czarno na białym wszystko podpisane, dokładnie określone i jasne, a z facetami o to bardzo ciężko...) i poprzez taką olewczosc właśnie sprawić, że może w końcu się jakoś „skrystalizuje” w tych swoich spowolnionych działaniach. Po zajęciach wyściskałyśmy się na Święta, najlepszego pożyczyłyśmy i jak na córki naszej epoki przystało, obiecałyśmy sobie, że się jeszcze zdzwonimy – wtedy, kiedy ja przed Wigilą, piec będę czekoladowe brownies z jej przepisu, a ona pierniczki z mojego=)

 

Z uczelni pobiegłam na Bednarską do radia, gdzie miała być o 17.00 Wigilia. Agata (reporterka mojego programu) napisała, że jej nie będzie, więc mi trochę entuzjazm opadł. Zobaczyłam przez okno, że wśród słuchających świątecznego przemówienia naczelnej ludzi są albo sami mi nieznani, albo po prostu ci, których nie trawię. Pomyślałam więc, że w głębi ducha wcale nie czuję potrzeby ściskania ich, uśmiechania się i udawania, że dobrze się przy tym bawię. Wróciłam do mieszkania. Jeszcze rok temu na pewno weszłabym do środka, „bo wypada, bo podczas takich spotkań jest miło i dobrze, bo to Boże Narodzenie”. . Chyba się zmieniłam. Doszłam do wniosku, że takie Wigilie nie mają większego sensu – spęd na ogół zupełnie obojęnych bądź co najmniej nieprzepadających za sobą osób, które raptem robią się dla siebie miłe i uprzejme. A zaraz potem jak przełamią się opłatkiem kąśliwie obgadują się nawzajem, wcinając śledzika bądź karpia – BEZSENS. Wigilia, opłatek, tradycja – to wszystko musi być przeplecione uczuciem, wzruszeniem, szczerością, głębią, obecnością tych, których kochamy i którzy nadają sens naszemu życiu – taka Wigilia ma swój jeden dzień w roku, 24 grudnia, a powielanie tej okazji ze względu na czystą przyzwoitość czy coroczną rutynę, to zakrzywianie jej sensu o 180 stopni!!

 

Przyjechałam do mieszkania, dziewczyny szykowaly się na drugi dzień rekolekcji w Św. Annie (one znjadują na to czas, ja po prostu zapomniałam....kiepskie te moje duchowe przygotowania). Rozpakowałam się, przygotowałam materiały na korki z Justyną (29letnia znajoma, pracuje jako księgowa w pięciogwiazdkowym hotelu w centrum miasta, nienawidzi rutyny swojej pracy, jest niesamowicie wrażliwa i dobra, choć mało ma w sobie wiary we własne możliwości – bardzo ją lubię) i pojechałam na Pragę Południe. Nasz angielski poświęciłam dzisiaj historii piosenki „Do they Know it’s Christmas” – tej samej , która nieskutecznie obudziła mnie rano. Przygotowałam naprawdę solidne handouty z pogrubionymi nowymi zwrotami, przykładami ich zastosowania w innych kontekstach, recenzjami z prasy muzycznej itd. Niby lekcja o piosence, ale naprawdę w pełni świąteczna. Potem słuchałyśmy tego kawałka wspólnie, złożyłyśy sobie życzonka, obdarowalyśmy śluczną skarboneczką w kształcie kaloszka w radosnych wiosennych kolorach (ja ją) i eleganckimi koralikami na magnes (ona mnie). Z których różne cuda można wymyślać. Z zaplanowanej godziny wyszły dwugodzinne zajęcia - bardzo przyjemne, miłe i bożonoarodzeniowe=) Justyna będzie z nami na Sylwestra. A propos naszej zmienionej imprezy – dzisiaj rano zadzwoniła Ewa. Pytala, czy się na nią obraziłam – pomyślała tak, bo nie odbierałam telefonu, kiedy dzwoniła. Pisałam już jednak,że o 9.00 to ja bardziej jak rycerz z Giewontu niż Ania T. Byłam, więc nic nie słyszaŁAm. Nie obraziłam się, ale się zdenerwowałam i tak jej powiedzialam, Przez głupie niedomówienie ze strony Ewy tak się poplątało, Szymek stwierdził, że trochę przesadziła – trochę? Raczej sporo.

 

W radiu wiadomości – już wpół do drugiej – w nocy. Kładę się spać. Jutro MUSZĘ wstać rano.

 

„Eska Rock” gra „Andzię”....o, Andzia, do łózka, siup!!

10:25, aniachlopczyk
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Poniedziałkowy zjazd nastrojowy, ale i o pozytywnych elementach dnia.

Jest po dwudziestej drugiej, siedzę w pokoju u dziewczyn, wszystkie opatulone jesteśmy kocami, bo dzisiaj temperatura w naszym mieszkaniu też nas nie rozpieszcza . Ilona i Ewelina na nowo wciągnęły się w czytanie książek -rok temu przez kilka dobrych miesięcy jesieni i zimy regularnie dokupowałyśmy jakieś lektury, wymieniałyśmy się nimi, rozmawiałyśmy i analizowałyśmy - bardzo przyjemne i uspokajające było to wspolne czytanie. Do mojej kolekcji książek doszła dzisiaj rano kolejna pozycja - "Gingko .." Cejrowskiego. To prezent, jaki podarowała mi Dagmara - ona i jej mąż, Jasiek, podobnie jak Cejrowski, zwiedzili już kawał świata i nie ustają w swoich odkrywczych podróżach po świecie. W styczniu na przykład na trzy tygodnie ruszają do Gwatemali - Dagmara wyraźnie cieszy się już perspektywą wyjazdu i nic dziwnego, że dni powoli odlicza!

Ponieważ dzisiejsze poranne zajęcia z włoskiego były już naszym ostatnim przedświątecznym spotkaniem, to starałam się je jakoś bożonarodzeniowo zaakcentować. Wstałam o szóstej (po tym jak położyłam się przed drugą, ukończywszy pierwszy, rozległy wpis do mojego bloga:), przerzucając stacje radiowe jedna po drugiej, zrobiłam sobie gimnastykę, potem prysznic, szybkie rozplanowanie zajęć, a o 7.30 była już Dagmara. Zanim weszła, zdążyłam obrać mandarynki, ułożyć wielkie piernikowe serca na talerzyku i zaparzyć świeżą kawę. Gdy weszła od razu zwróciła uwagę na świąteczno - pobudzającą mieszankę zapachów, która z kuchni błyskawicznie rozniosla się po całym mieszkaniu. Zapach kawy i cytrusów obudził Ewelinę, Niedźwiedź przykryty kilkoma warstwami koców nie przerywał swojego głębokiego snu;)

Około jedenastej udałam się na zajęcia. Nasz prowadzący Academic Writing, pan Łukasz Sorokowski, zwany przez niektórych "sroką" doprowadza mnie do szału - bardzo negatywnie rozumianego szału. Przede wszystkim nie trawię jego poczucia humoru i sposobu prowadzenia zajęć - jest cyniczny i chyba poważnie zakompleksiony (no cóż, nie wszyscy rodzą się po to, aby być bożyszczami kobiet...), a przy tym chyba nikomu od początku roku nie postawił ani jednej piątki. W naszej grupie jest kilka bardzo dobrych osób, które wcześniej z tego akurat durnowatego przedmiotu (ktory nie wiedziec czemu trwa na anglistyce aż 3 lata!!!) miały najwyższe stopnie, a u niego nikt, kto pisze ludzkim, zrozumiałym i swoim przede wszystkim językiem więcej niż 3= mieć nie może. Ten chuderlawy doktorancik próbuje nauczyć nas pisania tekstów jakimiś sztywnymi, zimnymi, niby Academic-bedącymi szablonami, a przy tym tak to wszystko jakoś chaotycznie prowadzi, że naprawdę nie wiadomo o co chodzi!! Na mnie jest chyba szczególnie cięty - po tym jak na początku października wróciłam z Kalifornii, nie byłam na pierwszych zajęciach i po prostu miałam trochę zaległości, napisałam mu maila, w którym jak człowiek człowiekowi wyjasniłam, że nie mogę się jakoś pozbierać i proszę o trochę więcej czasu i sprawdzenie moich prac po deadlinie. Nie odpisał. Ale od tamtej pory kojarzy moje imię i nazwisko jako jedno z dwoch czy trzech w grupie, tak , że nawet głowy nie podnosi jak wyczytuje "ANia T.", sprawdzając listę. Nie muszę dodawać, że zasiliłam poczet nieszczęsnych studentów, którzy bez przerwy dostaja te jego łaskawe 3=, choć rok temu miałam same czwórki z plusami i piątki, bo pisać do cholery po prostu umiem! Jego zajęciami na ogół poirytowana rozpoczynam każdy tydzień - cudowne poniedziałkowe wejście i już.

Po tym jak spóźniłam się, albo raczej pomyliłam godziny odrabianych zajęć, postanowiłam ruszyć do Galerii Centrum i trochę porozglądać się za upominkami dla moich Najbliższych. Ponad dwie godziny ganiałam między poszczególnymi poziomami sklepu, mierząc ubrania dla siebie, jakieś fajne ciuszki dla Mamy, sto razy oglądając wyprzedażową koszulę Wólczanki dla Taty, wybierając bieliznę dla siostry, Marty i szukając w Empiku "Ojca CHrzestnego"dla Szymka, mojego brata. W Galerii mnóstwo ludzi, blask czerwonych ozdóbek, powtarzane co jakiś czas amerykańskie piosenki bozonarodzeniowe - szał zakupów w pełni, który po dwóch godzinach zrobił się trochę uciążliwy. Pomimo satysfakcji i częściowej ulgi, jaką poczułam, gdy zaopatrzyłam mój "mikołajowy worek" w kilka drobiazgów, mój nastrój jakoś dziwnie się nie poprawiał - był raczej depresyjno- melancholijny, co bardzo, bardzo rzadko mi się zdarza, a właściwie raz na miesiąc, kiedy zaczyna mi się okres. No i zaczął się dzisiaj, choć miał pojawić się na Święta. Kiedy zupełnie niespodziewanie zaskoczona tym faktem na chodniku przed Galerią Centrum zastanawiłam się, gdzie jest najbliższa łazienka, pośliznęłam się i wyłożyłam się jak długa przed H&M'em. Okazało się, że od kozaka odpadl mi gdzieś flek i tak starłam obcas, że nic dziwnego,że straciłam w takim wybrakowanym bucie równowagę.Stwierdziłam, że na kolejne zajęcia nie idę - moje wewnętrzne rozjątrzenie osiągnęło szczyt w momencie, kiedy wstałam po swoim śmiesznym i skupiającym na sobie natarczywy wzrok przechodniów upadku. Wsiadłam w tramwaj, udało mi się upolować jakieś wolne miejsce (chociaż tyle po wszystkim), dojechałam do Carrefour'a przy Dworcu Wileńskim i poszłam robić dalsze zakupy - tym razem spożywcze. Zawsze kupuję sama w Warszawie wszysktie te składniki do naszych bożonarodzeniowych potraw, których obawiam się, że może nie być w Sadownem. Na przykład awokado do meksykańskiego guacamole, ktore podajemy z solonymi nachos (też kupuję je zawsze tutaj,najlepiej w Arkadii w sklepie "restauracje Świata" - sprzedają tam ślicznie wypieczone okrągłe nachoski) jako "małe odmienne co nieco" pierwszego dnia Świąt. Wprowadziłam to do naszego jadłospisu, po mojej pierwszrej wizycie w Stanach, podczas której sporo czasu spędziłam w Nowym Meksyku i guacamole po prostu podbiło moje serce!! Awokado nie kupiłam, bo to które znalazłam w Carrefourze bylo twarde jak kamień i musiałabym chyba je upiec ,żeby było wystarczająco miękkie do przerobienia na salsę!! Kupiłam za to czarne oliwki, tureckie krakersiki i chlebek pita do serowo-pomidorowych sals, przyprawy, dobre masło orzechowe i nutellę, którymi przełożymy wafelki, włoskie płaty lasagne z pszenicy amber durum. Na tym spożywczych zakupów oczywiście nie koniec, ale zanim w sobotę przyjedzie Szymek i zabierze "nabrzmiałe torbiszcza", to muszę stopniowo dokupować wszystkie umieszczone na mojej długaśnej liście zakupów produkty. Mam nadzieję też , że jakoś finansowo też to ogarne, choc może byc ciężko, bo Aga odwołała korki, nie wiem jak z Hanią i Panią Ulą...

W międzyczasie dzwoniła moja Mama. Ostatnio jakoś w ogóle nie umiemy ze sobą rozmawiać - mało czasu (jak jestem w domu, to mam bez przerwy korki,badź przygotowuję zajęcia na kolejny tydzień), rodzice bez przerwy mają jakieś koszmarne długi, ja czuję, że Oni nie rozumieją mnie, bo nie uczestniczą w moim codziennym życiu - więc mi się nawet nie chce opowiadac co u mnie. Zanim napiszę w jakim celu Mama była w Warszawie, to dodam jeszczem tylko, że była u nas na Pradze i zostawiła nam śliczne blaszane pudełko jej fenomenalnych Ciasteczek Francuskich. Jak co roku na jakieś 10 dni przed Bożym Narodzeniem , Mama w piątek zagniotla ciasto i wycięła kształtne ciasteczka z 5 kilogramów mąki!! Dodawała, zagniatała, wałkowała, układała w kopertę raz, drugi, trzeci, a potem wycinała gwiazdki, dzwoneczki, kaktuski i serduszka. Ponieważ przy takiej ilości ciasta nasza kuchnia gazowa musiałaby piec chyba pół dnia, Mama zawsze chodzi więc na wypiekanie do piekarni, gdzie Pani Marysia udostepnia jej swoje olbrzymie piece. Tak więc obie z Martą zerwały się z łózek o 5.00 rano i poszły "czarować" - tak wcześnie, żeby piece po nocnym pieczeniu chleba był jeszcze cieple. Wróciły z pachnącymi masłem śmietankowym koszami "francuzów", a mi śłinka tylko ciekła i cierpiałam, patrząc jak oni jedzą, a ja nie ze względu na moje adwentowe postanowienie!!

Mama była dzisiaj w Warszawie, bo ostatnio wpadła na pomysł zorganizowania koncertu charytatywnego w Sadownem. Są tam tacy jedni państwo, ktorych synek strasznie cierpi na mukowiscydozę i jak wiadomo leczenie wiąże się z niebagatelnymi kosztami. Marta, moja młodsza siostra, spiewa od roku w Akademickim Chórze Uniwersytetu Warszawskiego, z którym nagrywają płyty, jeżdzą po Europie, koncertuja na uczelniach, zamkach, w kościołach , aniedługo też w Sali Kongresowej. Zimą zawsze przyjeżdżają na obóz integracyjny do Broku, nadbużańskego miasteczka 7km od Sadownego. Mama pomyślała,ze jak będą w tym roku, to mogliby zaspiewać w naszym kościele czy na hali sportowej - dochód z koncertu poszedłby na leczenie chorego chłopca. Dzisiaj przyjechała do stolicy, żeby ustalać co i jak i czy w ogóle coś takiego wchodzi w grę. Kiedy zadzwoniła, byłam w sklepie, więc nawet nie porozmawiałysmy o tym. Ja swoim oschłym "aha" odpowiedziałam jej krótko, ,kiedy wyjaśniła mi, po co była, nie zapytałam juz czy sie udało czy nie, bo tak nam sie ostatnio nie klei rozmowa z Mama, że chyba muszę przypomniec sobie na czym konwersacja polega, bo nie umiałam zapytać, wolałam na swoim "Aha" skończyć i powiedzieć, że stoję przy kasie i muszę kończyć. Ech...Ale na szczęście moja Mama jest mądrzejsza ode mnie, pomimo tych moich dziwnych zachowań, dzwoni, przywozi ciasteczka, mysli. ..Kocham Ją, Tatę, MArtę, Szymka, Nasz Dom, w którym coraz mniej mnie samej, ale który też mnie samą ukształtował.

Jutro planujemy pójść z Eweliną, która już drzemie w swojej skorupce=), z samego rana na Roraty - może jakoś głebiej da się poczuć magię Bożego Narodzenia i dobrze się na nie nastawić. Wieczorem w Radiu jest WIgilia - dowiedziałam sie co prawda przed chwilą, ale chyba się wybiorę. Napisze jutro.

23:57, aniachlopczyk
Link Dodaj komentarz »
Pierwszego wpisu cześć druga;)

Fakt, że ścięłam się poprzez mało treściwe przecież wiadomości tekstowe z moją najlepszą i najstarszą przyjaciółką przybił mnie do tego stopnia, że kiedy dziewczyny poszły do św. Anny na Starówkę, a ja zostałam w mieszkaniu sama, to po prostu chciało mi się płakać. Z pomocą przyszło mi jednak Antyradio, które w momencie, kiedy już pierwsza łza zaczęła nabierać kształtu kropli w kącie oka, usłyszałam niezawodne "Don't Cry" moich Guns n' Roses . Zamiast się rozczulać nad sobą i nad zupełnie pokracznie zmienionym Sylwestrem, po prostu przygłosiłam muzykę, zachrypniety głos Axla i ostre riffy Slasha wyszły na plan pierwszy.

 

Po kościele pojechałam do Szpitala Bródnowskiego, gdzie od kilku dni leży Ewa, mama mojego kolegi, Norberta - jednego z tych ciekawych, spontanicznych osób, których będzie mi brakować na naszym Sylwestrze, bo nie jest jeszcze innym znany (ale NA PEWNO będzie) . Ewę poznałam w czasie wakacji, podobnie zresztą jak Norberta i jego tatę, w którego teamie porządkowo - organizacyjnym pracowałam przy festiwalu "Ogrody Muzyczne". Cała ich rodzina jest zjawiskowa - dobrzy, ciepli ludzie, przy tym charyzmatyczni, indywidualni, zakręceni, tryskający bardzo dobrze działającą na mnie energią i charakterystyczni. Dzięki nim przeżyłam cudowny, odkrywczy dla mnie samej miesiąc wakacji. Choć Ewa i Robert są rodzicami mojego rówieśnika, to traktuję ich jak swoich bardzo dobrych znajomych, mówimy sobie po imieniu i jakoś zupełnie nie czuć róznicy ponad 20 lat kiedy się z nimi jest. Ewa jest świeżo po zabiegu usunięcia narządów rodnych - ma to samo, co moja Mama dwa lata temu - na jajnikach zrobiły sie jej guzy, okazało się, że nowotwór. 22Ego grudnia, tuz przed samymi świętami okaże się, czy złośliwy czy nie. Pamiętam jak moja mama leżała na Karowej i powiedziano jej , że ma podejrzenia raka złośliwego. BYło to przed Wielkanocą, w maju miała mieć już pierwszą chemioterapię. Badania histopatologiczne wykazały jednak, że nowotór był na granicy złośliwości I Mama, Bogu dzięki, jest zdrowa.Czułam się tak, jakby mi ktoś Ją na nowo oddał, cudem uzdrowił, a tym samym dał wszysktim wiele do myślenia.

Przed Ewą chyba jedno z najtrudniejszych oczekiwań w życiu – czekanie na wyniki tego samego badania, na które ja I moja rodzina czekaliśmy dwa lata temu. Kilkakrotnie podczas naszej rozmowy powtórzyła “mam nadzieję, że będzie dobrze”. Obiecałam jej, że się po prostu będę modlić powiedziałam, że wierzę w to, że będze dobrze. (Boże, błagam Cię, daj, żeby była zdrowa.).

Kiedy przyszedł Robert, mąż Ewy, wspominaliśmy trochę wakacje I w którymś momencie zaczęliśmy mówić o Świętach. |Ewa przeżywa trochę to, że po raz pierwszy w historii ich rodziny Wigilia nie będzie przygotowywana przez nią, że musza iść do Babci. Opowiadała mi jak to u nich zawsze wyglądają przygotowania, jak zaczynają wieczerzę wigilijną od modlitwy, dzielą się opłatkiem, obdarowują prezentami. Według niej te ich Wigilie, które kultywuje w charakterystyczny dla ich rodziny sposób od ponad 20 lat, są wyjątkowe -ciepłe, rodzinne, pełne radości. Bardzo chciałaby, żeby Norbert I Hubert przenieśli całą tę magię Świąt na swoje przyszłe rodziny, a ja myślę, że tak na pewno będzie, bo choć nie znam Huberta, to wiem jak wrażliwym I dobrym człowiekiem jest Norbert - tradycje swojego domu przeniesie niewątpliwie dalej. Z pewnością w dużej mierze dzięki temu, że swoją dobroć I czułość, a także przywiązanie do tradycji wpoili w niego Ewa I Robert. (Norbert zacząłby sie tutaj wymądrzać I próbować filozoficznie wyjasnic mi skąd sie wzięły jego cechy charakteru, mówiłby że to wcale nie kwestia rodziców tylko jakichś innych czynników, powiedziałby to w taki sposób, że musiałabym sobie wszyskto dwa razy zanalizować w ciszy, a jak on usłyszałby, że milczę I się zastanawiam (a raczej próbuję na ludzki język przełożyć te jego mądrości), to skomentowałby to swoim “czekałem na tę ciszę, uwielbiam jak inni muszą myslec I zastanawiać się nad tym, co próbuję im powiedzieć”. Strasznie jest słodki z tym swoim sposobem patrzenia na świat, analizowania go I filozofowania - “chłopczyk”, takie określenie Norberta ciśnie mi się za każdym razem na usta kiedy z nim rozmawiam, rozbrajająco słodki Chłopczyk.)

 

 

W trakcie naszej rozmowy w szpitalu Robert mówił też o tym, jak oni ubierają zawsze choinkę I jak przy tym zawsze najbardziej się kłócą. Tak samo jest w moim domu rodzinnym – Tata przynosi wielkie żywe I pachnące drzewko, wścieka się, gdy nie pochwalimy go, że jest piekne;). Mama w tle wycina pierniczki, a ja, Marta I Szymek przystepujemy do dekorowania. Ja podobno lubię czasem rozkazywać, a że jestem najstarsza z rodzeństwa, to próbuję tę moją tendencję sugerowania własnych pomysłow przelewać też na ubieranie choinki. Jak Marta I Szymek słuchać mnie nie chcą, to się sprzeczamy - “ta bombka tam nie pasuje!”, “ja co roku przyczepiam tę, więc jej nie ruszaj!”, “nie masz wyczucia ani gustu, powinno wisieć to tam...!”i tak dalej. Robert I Ewa mówili, że zawsze wieszają też na drzewku słodycze – długie lizaki-sopelki I mieszankę wedlowską, która najlepiej prezentuje się ze względu na róznobarwność papierków. Jak mierzący ponad 1.80 m Robert, Norbert I Hubert tak sobie raz na jakiś czas urwą taki sopelek czy cukierek, to drugiego dnia Świąt na choince po słodyczach pozostają już tylko papierki=) Dlatego u mnie w domu ten zwyczaj porzuciliśmy już dawno - wspominałam juz o moim “sweet tooth”, a kiedy wokól drzewka kręci sie pięć takich szczerbali, to cukierki znikają po prostu błyskawicznie!!

 

 

Podobnie jak u Ewy I Roberta, tak I u mnie w domu choinka zawsze ubrana jest w dekoracje z wielu poprzednich lat – te, które robiliśmy własnoręcznie jako małe dzieci, te, które wisiały na drzewku dziadków, te nieco już odrapane I wyblakłe, ale za to zasługujące na godne miejsce na choince ze względu na swój wiek - tak eklektycznie ubrane drzewko, może jest I trochę kiczowate, ale przynajmniej jedyne w swoim rodzaju, charakteryustyczne, pełne wspomnień z poprzednich Świąt Bożego Narodzenia – po prostu pełne uczucia.

Po tym jak wyszłam ze szpitala, od Ewy, wstąpiła we mnie niesamowita energia – taki zupełny kontrast do samopoczucia rano po Sylwestro-newsach.To cała Magia rozmowy z Ewą I Robertem - bardzo się za nimi stęskniłam, nie widzieliśmy się od mojego wrzesniowego wyjazdu do Los Angeles. Ewa obiecała mi, że napisze jak będzie znała wyniki badań – modlę się o to, żeby było wszystko dobrze, wiem , że powtarzam to już po raz kolejny, ale co mogę innego zaoferować? Boże, daj ich Rodzinie zdrowie Ewy na Święta.

 

Dochodzi pierwsza, a jutro o 7,20 przyjeżdża do mnie Dagmara na nasze poranne (bardzo poranne) zajęcia z włoskiego. Z pewnością pojawi się tam jakiś element “del Natale” (Świąt), przygotowałam dla mojej najsolidniejszej, bo przecież tak wcześnie przyjeżdzającej aż z okolic Pól Mokotowskich, uczennicy/bardzo dobrej znajomej malego białego aniołka – będzie idealny do jasnej kolorystki jej mieszkania. A Dagmara ma mi przyniesć na jutro przetłumaczony na włoski przepis jej wysmienitej sałatki z paluszków surimi, makaronu ryżowego I pora. Zamierzam go wykorzystać na Wigilię –choć to może mało tradycyjna polska potrawa, to zawsze jakaś nowość bedzie, a przy tym robi się ją z surimi, które są z kolei z białej ryby – to będzie ryba pod inna postacią niz zwykle.

 

Kładę się spać (ziewnięcie), jeszcze tylko zjem pomarańczkę, żeby zasnąć, czując Święta=) Na dzisiaj starczy;)

01:15, aniachlopczyk
Link Dodaj komentarz »
w końcu piszę, przecież za 10 dni Wigila!!!
 

Zaczynam pisać mojego bloga.Cały tydzień odkładałam moment rozpoczęcia prowadzenia tego wirtualnego notatnika, nie mogłam się zebrać za żadne skarby, ale że od dzisiaj równo dziesięc dni pozostało do Wigilii, to stwierdziłam, że czas najwyższy.bloga rozpocząć. Dałam mu tytuł "Moje Magiczne Oczekiwanie na Święta Bożego Narodzenia", choć pewnie ktokolwiek będzie go czytał stwierdzi, że na dobrą sprawę niczym nie różnią się te moje przygotowania do Świąt od przygotowań przeciętnego Polaka - że wcale niekoniecznie aż takie one magiczne.Może to kwestia wrażliwości i sposobu przeżywania różnych bodźców, może jakieś moje wrodzone skłonności do egzaltacji i cieszenia się wszystkim, co wzbudza jakieś ciepłe wspomnienia z przeszłości, może jakaś wewnętrzna potrzeba nazywania swojego życia magicznym (im dłużej żyję, tm bardziej przekonuję się o tym, że nadanie odpowiedniego imienia, określanie spraw w określony sposób MA wpływ na to, jak do nich podchodzimy )....może właśnie z takich powodów mój blog jak i cały przedświątecznyh okres ośmielam sie ochrzcić "magicznym".

Najpierw kilka slow o mnie - tak, żeby łatwiej czytało się to, co tu w ciągu najbliższych paru dni powstanie. Nazywam sie Ania, mam dwadzieścia trzy lata, studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. Jestem na piątym roku Italianistyki (choć szczerze wątpię, że moja obrona pracy magisterskiej dojdzie do skutku w tym roku - jest tyle innych fascynujących miejsc i przedsięwzięć, ludzi i wydarzeń, w których codziennie biorę udział, że siedzenie nad komputerem i kompilowanie fragmentów mądrych językoznawczych książek brzmi co najmniej odstraszająco). Oprócz filologii pięknej Italii studiuję jeszcze międzywydziałowo inne języki Europy Zachodniej - niemiecki, angielski, mam za sobą akcent hiszpańskiego, rosyjskiego, a żeby w pełni zaspokoić swoje i tak ostatnio osłabione językowe zapędy, chcę jeszcze nauczyć się przynajmniej podstaw hebrajskiego. Ostatnio, Będąc już na piątym roku swoich pierwszych studiów doszłam do wniosku, że nie jestem jednak językoznawcą z powołania, choć tak całe życie myślałam. Na moich studiach brakuje mi jakiegoś pierwiastka artystycznego, nie jestem w stanie angażować się emocjonalnie w to, czym się na nich zajmuję, po prostu nie ma tam tego "ja", które chciałabym jakoś uzewnętrznić. Zrozumiałam, że studia to etap, w trakcie którego zdobywam narzędzie do realizacji swoich kolejnych planów i potencjałów - języki, których znajomość , mam nadzieję, pozwoli mi odkryć swoje rzeczywiste powołanie.

 

 

Każdy tydzień mojego codziennego życia z pozoru mógłby się wydawać bardzo podobny - zajęcia na Krakowskim Przedmieściu na kampusie Uniwersytetu Warszawskiego, korepetycje z jezyków obcych, dzięki którym od kilku lat udaje mi się wiązać koniec z końcem, mieszkanie w wynajmowanym prawie od trzech lat pokoju na Pradze Północ (w równie magicznym , bo pełnym już tylu wyjątkowych wspomnień mieszkanku z dwiema współlokatorkami), w weekendy powrót do domu Rodziców do Sadownego i cała seria korepetycji, w sobote powrót do Warszawy i audycja w Radiu Kampus o 19.00, niedziela z pójściem do kościoła (choć ostatnio różnie bywało) i tak tydzień za tygodniem. Choć wymienione elementy faktycznie powtarzają się regularnie w każdym tygodniu mojego obecnego życia, to każdy z nich i chwile, którymi są poprzeplatane, z równie konsekwentną regularnością wnoszą w moje życie coś nowego i odkrywczego. Byc może to za sprawą ogromnej mieszanki ludzi, z którą przebywam - ludzi, których pomysłowość i wielka różnorodność charakterowo-osobowościowa inspiruje mnie i uczy wiele o samej sobie. A być może po prostu dlatego, że pomimo mojej czasem pojawiającej się polskiej tendencji do pojękiwań , jestem optymistką, lubiącą i siebie i "gnijący świat" (tak jak w tekście piosenki T-Love), taką co najprościej mówiąc kocha życie=)

 

 

Po tym bardzo ogólnym zarysie mnie samej mogę chyba przejść do opisywania tytułowego "Mojego Magicznego Oczekiwania na Święta". Jest mniej więcej 22.00, Ilona (jednaz moich drogich współlokatorek, dzięki którym mam w Warszawie swój drugi Dom) czyta rozdział książki p.t. "Homo Zodiacus",którą nabyłam ostatnio, po tym jak trochę zaczęłam się zastanawiać nad różnymi astrologicznymi hasełkami. Niedźwiedź (ksywka Ilony, którą zarobiła sobie poprzez ostentacyjne przerzucanie się z boku na bok na łożku kiedy nie może zasnąć, bo my hałasujemy) rozpoczął calą lekturę od środka - tam, gdzie autor rozpisuje się na temat Wodnika, który jest jej znakiem. Ewelina (Żółwik, bo zdarza się jej mówić baaaaardzo powoooooli i, jak to sama określa czasem lubi "zaszyć się w swojej skorupce" rozmyślań nad światem) bierze prysznic. Ja, Krecik (bo ze swoim charakterystycznym plecakiem Jansport lubię maszerować żwawym żołnierskim krokiem do przodu i podobno niczym kret wysuwam mój lekko zadarty do góry nosek), siedzę nad laptopem Ilony i piszę. Na nogach mam wilekie białe kapcie - dwa reniferki z czapkami Mikołaja, które rok temu sprezentowała mi Ilka. Ręce pachną mi mandarynkami, a w radiu leci właśnie "Last Christmas" w wykonaniu Wham. Oprócz tego owinęłam się kocem, bo nasze praskie mieszkanko, przy całej swojej wyjątkowości i urokliwości, nie posiada nowych okien, więc przy spadkach temperatur trochę w nim marzniemy. Niedziela dobiega końca - rozpoczęta leniwie kawą z naszego nowego ekspresu, na który zrzuciłyśmy się we trzy w ramach tegorocznych Mikołajek. Normalnie pewnie takiej kawce towarzyszyłyby jakieś ciasteczka, ale postanowiłyśmy, że w Adwencie słodyczy nie jemy. W naszym przypadku to nie lada wyzwanie, bo chyba każda z nas ma tzw. "sweet tooth", co potwierdzamy raz na jakiś czas spontanicznym nocnym wypadem do pobliskich nocnych sklepów po......ciastka!! Oprócz tego w Adwencie nie pijemy też alkoholu (zwłaszcza piwa, którym w listopadowe słotne wieczory mniej więcej co drugi wieczór robiłyśmy sobie delikatny "lifting" nastroju, stwierdziłyśmy więc SCHLUSS z tym i już!!) - wiem,że brzmi to jakbyśmy jakimiś ortodoksyjnymi, umartwiającymi się dziewczynkami były, ale Adwent po prostu sprzyja rezygnacji z różnych słabości, wypróbowaniu siły własnej woli i radykalnemu naznaczeniu oczekiwania na Święta mocnymi postanowieniami. (brzmi to ortodoksyjnie do bólu, ale nic mi lepszego do głowy nie przyszło).

 

 

Po porannej godzinnej gimnastyce, którą uprawiam z nieugiętą regularnością od ośmiu lat, trochę SMSowo posprzeczałam się z Ewą, moją serdeczną przyjaciółką, którą znam od dzieciństwa. Planowaliśmy wspólnego Sylwestra w agroturystycznym lokalu jej rodziców i po tym jak Ewa powiedziała mi "Ja daję Wam miejsce, Wy zapraszajcie kogo tylko chcecie" dałam znać kilkunastu osobom, które na tę naszą imprezę w Sadownem już mialy przyjechać. Wczoraj Ewa podobno uslyszała od rodziców, że żadnych ludzi, których ona sama nie zna być nie może - tak więc automatycznie moi znajomi, którzy jej poznać nie zdążyli, wstępu nie mają. Najpierw nie było mowy o żadnych konkretnych limitach ilościowych, a dzisiaj dowiedziałam się, że piętnaście osób to maksimum - dzisiaj, dwa tygodnie przed Sylwestrem!! Gdyby nie to, że wśród "uprzywilejowanej piętnastki" są różne bardzo bliskie mi osoby, które liczą na to , że będę, to chyba bym się po prostu wycofała. No bo skoro nie wystarcza to, że ja wiem, że zaproszone przeze mnie osoby są bardzo w porządku i najzwyczjaniej ciekawe, że choć dla niektórych byłyby nowe , to przecież do cholery nie zniszczyłyby tego lokalu i przyzwoicie bawiłyby się z calą resztą, skoro jest jakaś dziwna selekcja dyktowana przez jej rodziców, którzy boją się o tę salę (a może nie tylko to??), to naprawdę bez łaski po prostu wolałabym wrócić do Warszawy i w blasku sztucznych ogni powitać Nowy Rok 2009 na Placu Konstytucji chociażby.

Całą serię bezsensownych SMSów wymieniłysmy rano, każda próbując bronić swojego punktu widzenia - Ewa ze swoim "za dużo osób, nie znamy ich dobrze" i ja ze swoim "dlaczego mi dopiero teraz o tym mówisz? przecież ja już ich zaprosiłamn potwierdzili się, a o żadnych zakazo-selekcjach słowem nie wspomniałaś?" Stanęło na tym, że zostajemy na piętnastce znanej nam wszysktim, i choć (przynajmniej jeśli o moich już przez Ewę znanych chodzi, bo z tymi od niej to nie wiem jak będzie) będą tam naprawdę świetne osoby, to chyba o roztańczonej, super zabawnej i po prostu ciekawej zabawie możemy zapomnieć – za mało zróżnicowane grono, raczej to pewnie posidówka wyjdzie. Pożyjemy, zobaczymy.

 

 

01:13, aniachlopczyk
Link Dodaj komentarz »
Archiwum