Blog > Komentarze do wpisu
Poniedziałkowy zjazd nastrojowy, ale i o pozytywnych elementach dnia.

Jest po dwudziestej drugiej, siedzę w pokoju u dziewczyn, wszystkie opatulone jesteśmy kocami, bo dzisiaj temperatura w naszym mieszkaniu też nas nie rozpieszcza . Ilona i Ewelina na nowo wciągnęły się w czytanie książek -rok temu przez kilka dobrych miesięcy jesieni i zimy regularnie dokupowałyśmy jakieś lektury, wymieniałyśmy się nimi, rozmawiałyśmy i analizowałyśmy - bardzo przyjemne i uspokajające było to wspolne czytanie. Do mojej kolekcji książek doszła dzisiaj rano kolejna pozycja - "Gingko .." Cejrowskiego. To prezent, jaki podarowała mi Dagmara - ona i jej mąż, Jasiek, podobnie jak Cejrowski, zwiedzili już kawał świata i nie ustają w swoich odkrywczych podróżach po świecie. W styczniu na przykład na trzy tygodnie ruszają do Gwatemali - Dagmara wyraźnie cieszy się już perspektywą wyjazdu i nic dziwnego, że dni powoli odlicza!

Ponieważ dzisiejsze poranne zajęcia z włoskiego były już naszym ostatnim przedświątecznym spotkaniem, to starałam się je jakoś bożonarodzeniowo zaakcentować. Wstałam o szóstej (po tym jak położyłam się przed drugą, ukończywszy pierwszy, rozległy wpis do mojego bloga:), przerzucając stacje radiowe jedna po drugiej, zrobiłam sobie gimnastykę, potem prysznic, szybkie rozplanowanie zajęć, a o 7.30 była już Dagmara. Zanim weszła, zdążyłam obrać mandarynki, ułożyć wielkie piernikowe serca na talerzyku i zaparzyć świeżą kawę. Gdy weszła od razu zwróciła uwagę na świąteczno - pobudzającą mieszankę zapachów, która z kuchni błyskawicznie rozniosla się po całym mieszkaniu. Zapach kawy i cytrusów obudził Ewelinę, Niedźwiedź przykryty kilkoma warstwami koców nie przerywał swojego głębokiego snu;)

Około jedenastej udałam się na zajęcia. Nasz prowadzący Academic Writing, pan Łukasz Sorokowski, zwany przez niektórych "sroką" doprowadza mnie do szału - bardzo negatywnie rozumianego szału. Przede wszystkim nie trawię jego poczucia humoru i sposobu prowadzenia zajęć - jest cyniczny i chyba poważnie zakompleksiony (no cóż, nie wszyscy rodzą się po to, aby być bożyszczami kobiet...), a przy tym chyba nikomu od początku roku nie postawił ani jednej piątki. W naszej grupie jest kilka bardzo dobrych osób, które wcześniej z tego akurat durnowatego przedmiotu (ktory nie wiedziec czemu trwa na anglistyce aż 3 lata!!!) miały najwyższe stopnie, a u niego nikt, kto pisze ludzkim, zrozumiałym i swoim przede wszystkim językiem więcej niż 3= mieć nie może. Ten chuderlawy doktorancik próbuje nauczyć nas pisania tekstów jakimiś sztywnymi, zimnymi, niby Academic-bedącymi szablonami, a przy tym tak to wszystko jakoś chaotycznie prowadzi, że naprawdę nie wiadomo o co chodzi!! Na mnie jest chyba szczególnie cięty - po tym jak na początku października wróciłam z Kalifornii, nie byłam na pierwszych zajęciach i po prostu miałam trochę zaległości, napisałam mu maila, w którym jak człowiek człowiekowi wyjasniłam, że nie mogę się jakoś pozbierać i proszę o trochę więcej czasu i sprawdzenie moich prac po deadlinie. Nie odpisał. Ale od tamtej pory kojarzy moje imię i nazwisko jako jedno z dwoch czy trzech w grupie, tak , że nawet głowy nie podnosi jak wyczytuje "ANia T.", sprawdzając listę. Nie muszę dodawać, że zasiliłam poczet nieszczęsnych studentów, którzy bez przerwy dostaja te jego łaskawe 3=, choć rok temu miałam same czwórki z plusami i piątki, bo pisać do cholery po prostu umiem! Jego zajęciami na ogół poirytowana rozpoczynam każdy tydzień - cudowne poniedziałkowe wejście i już.

Po tym jak spóźniłam się, albo raczej pomyliłam godziny odrabianych zajęć, postanowiłam ruszyć do Galerii Centrum i trochę porozglądać się za upominkami dla moich Najbliższych. Ponad dwie godziny ganiałam między poszczególnymi poziomami sklepu, mierząc ubrania dla siebie, jakieś fajne ciuszki dla Mamy, sto razy oglądając wyprzedażową koszulę Wólczanki dla Taty, wybierając bieliznę dla siostry, Marty i szukając w Empiku "Ojca CHrzestnego"dla Szymka, mojego brata. W Galerii mnóstwo ludzi, blask czerwonych ozdóbek, powtarzane co jakiś czas amerykańskie piosenki bozonarodzeniowe - szał zakupów w pełni, który po dwóch godzinach zrobił się trochę uciążliwy. Pomimo satysfakcji i częściowej ulgi, jaką poczułam, gdy zaopatrzyłam mój "mikołajowy worek" w kilka drobiazgów, mój nastrój jakoś dziwnie się nie poprawiał - był raczej depresyjno- melancholijny, co bardzo, bardzo rzadko mi się zdarza, a właściwie raz na miesiąc, kiedy zaczyna mi się okres. No i zaczął się dzisiaj, choć miał pojawić się na Święta. Kiedy zupełnie niespodziewanie zaskoczona tym faktem na chodniku przed Galerią Centrum zastanawiłam się, gdzie jest najbliższa łazienka, pośliznęłam się i wyłożyłam się jak długa przed H&M'em. Okazało się, że od kozaka odpadl mi gdzieś flek i tak starłam obcas, że nic dziwnego,że straciłam w takim wybrakowanym bucie równowagę.Stwierdziłam, że na kolejne zajęcia nie idę - moje wewnętrzne rozjątrzenie osiągnęło szczyt w momencie, kiedy wstałam po swoim śmiesznym i skupiającym na sobie natarczywy wzrok przechodniów upadku. Wsiadłam w tramwaj, udało mi się upolować jakieś wolne miejsce (chociaż tyle po wszystkim), dojechałam do Carrefour'a przy Dworcu Wileńskim i poszłam robić dalsze zakupy - tym razem spożywcze. Zawsze kupuję sama w Warszawie wszysktie te składniki do naszych bożonarodzeniowych potraw, których obawiam się, że może nie być w Sadownem. Na przykład awokado do meksykańskiego guacamole, ktore podajemy z solonymi nachos (też kupuję je zawsze tutaj,najlepiej w Arkadii w sklepie "restauracje Świata" - sprzedają tam ślicznie wypieczone okrągłe nachoski) jako "małe odmienne co nieco" pierwszego dnia Świąt. Wprowadziłam to do naszego jadłospisu, po mojej pierwszrej wizycie w Stanach, podczas której sporo czasu spędziłam w Nowym Meksyku i guacamole po prostu podbiło moje serce!! Awokado nie kupiłam, bo to które znalazłam w Carrefourze bylo twarde jak kamień i musiałabym chyba je upiec ,żeby było wystarczająco miękkie do przerobienia na salsę!! Kupiłam za to czarne oliwki, tureckie krakersiki i chlebek pita do serowo-pomidorowych sals, przyprawy, dobre masło orzechowe i nutellę, którymi przełożymy wafelki, włoskie płaty lasagne z pszenicy amber durum. Na tym spożywczych zakupów oczywiście nie koniec, ale zanim w sobotę przyjedzie Szymek i zabierze "nabrzmiałe torbiszcza", to muszę stopniowo dokupować wszystkie umieszczone na mojej długaśnej liście zakupów produkty. Mam nadzieję też , że jakoś finansowo też to ogarne, choc może byc ciężko, bo Aga odwołała korki, nie wiem jak z Hanią i Panią Ulą...

W międzyczasie dzwoniła moja Mama. Ostatnio jakoś w ogóle nie umiemy ze sobą rozmawiać - mało czasu (jak jestem w domu, to mam bez przerwy korki,badź przygotowuję zajęcia na kolejny tydzień), rodzice bez przerwy mają jakieś koszmarne długi, ja czuję, że Oni nie rozumieją mnie, bo nie uczestniczą w moim codziennym życiu - więc mi się nawet nie chce opowiadac co u mnie. Zanim napiszę w jakim celu Mama była w Warszawie, to dodam jeszczem tylko, że była u nas na Pradze i zostawiła nam śliczne blaszane pudełko jej fenomenalnych Ciasteczek Francuskich. Jak co roku na jakieś 10 dni przed Bożym Narodzeniem , Mama w piątek zagniotla ciasto i wycięła kształtne ciasteczka z 5 kilogramów mąki!! Dodawała, zagniatała, wałkowała, układała w kopertę raz, drugi, trzeci, a potem wycinała gwiazdki, dzwoneczki, kaktuski i serduszka. Ponieważ przy takiej ilości ciasta nasza kuchnia gazowa musiałaby piec chyba pół dnia, Mama zawsze chodzi więc na wypiekanie do piekarni, gdzie Pani Marysia udostepnia jej swoje olbrzymie piece. Tak więc obie z Martą zerwały się z łózek o 5.00 rano i poszły "czarować" - tak wcześnie, żeby piece po nocnym pieczeniu chleba był jeszcze cieple. Wróciły z pachnącymi masłem śmietankowym koszami "francuzów", a mi śłinka tylko ciekła i cierpiałam, patrząc jak oni jedzą, a ja nie ze względu na moje adwentowe postanowienie!!

Mama była dzisiaj w Warszawie, bo ostatnio wpadła na pomysł zorganizowania koncertu charytatywnego w Sadownem. Są tam tacy jedni państwo, ktorych synek strasznie cierpi na mukowiscydozę i jak wiadomo leczenie wiąże się z niebagatelnymi kosztami. Marta, moja młodsza siostra, spiewa od roku w Akademickim Chórze Uniwersytetu Warszawskiego, z którym nagrywają płyty, jeżdzą po Europie, koncertuja na uczelniach, zamkach, w kościołach , aniedługo też w Sali Kongresowej. Zimą zawsze przyjeżdżają na obóz integracyjny do Broku, nadbużańskego miasteczka 7km od Sadownego. Mama pomyślała,ze jak będą w tym roku, to mogliby zaspiewać w naszym kościele czy na hali sportowej - dochód z koncertu poszedłby na leczenie chorego chłopca. Dzisiaj przyjechała do stolicy, żeby ustalać co i jak i czy w ogóle coś takiego wchodzi w grę. Kiedy zadzwoniła, byłam w sklepie, więc nawet nie porozmawiałysmy o tym. Ja swoim oschłym "aha" odpowiedziałam jej krótko, ,kiedy wyjaśniła mi, po co była, nie zapytałam juz czy sie udało czy nie, bo tak nam sie ostatnio nie klei rozmowa z Mama, że chyba muszę przypomniec sobie na czym konwersacja polega, bo nie umiałam zapytać, wolałam na swoim "Aha" skończyć i powiedzieć, że stoję przy kasie i muszę kończyć. Ech...Ale na szczęście moja Mama jest mądrzejsza ode mnie, pomimo tych moich dziwnych zachowań, dzwoni, przywozi ciasteczka, mysli. ..Kocham Ją, Tatę, MArtę, Szymka, Nasz Dom, w którym coraz mniej mnie samej, ale który też mnie samą ukształtował.

Jutro planujemy pójść z Eweliną, która już drzemie w swojej skorupce=), z samego rana na Roraty - może jakoś głebiej da się poczuć magię Bożego Narodzenia i dobrze się na nie nastawić. Wieczorem w Radiu jest WIgilia - dowiedziałam sie co prawda przed chwilą, ale chyba się wybiorę. Napisze jutro.

poniedziałek, 15 grudnia 2008, aniachlopczyk